kiedyś, w sumie dawno temu
kiedy bity duże były
monitory bursztynowe
dyskietki wszędzie rządziły
gdy nie było internetu
a przynajmniej nie aż tyle
zasiadłem przed komputerem
i przeżyłem ciężkie chwile
bo maszyna odmówiła
mi współpracy niespodzianie
i co chwilę wyświetlała
dziwny napis na ekranie
napis głosił, że niestety
jestem ofiarą wirusa
i ten wirus bardzo podły
dotarł do mnie prosto z USA
moje dane! – zapłakałem –
moje wymęczone pliki!
ach, to straszne, że je dopadł
stwór niegodny z Ameryki!
i szukałem wśród znajomych
i pytałem kto pomoże
(moje dane! moje pliki!
tyle pracy, o mój Boże!)
wreszcie kumpel mnie odszukał
i powiada, że zna panią
co się wyznaje w wirusach
i mi namiar wnet da na nią
pociąg, tramwaj i autobus
potem pieszo pół kwadransa
pędziłem tak niczym halny
bo to była jakaś szansa
wreszcie dotarłem do celu
i choć trochę się zdziwiłem
że dotarłem do szpitala
sprawę pani wyłuszczyłem
dziś i kiep wie, że wirusów
tych co siedzą w komputerze
nie zbada nam mikrobiolog
wtedy się zdziwiłem szczerze
po raz pierwszy się przyznaję
tutaj właśnie do swej wpadki
(choć zmyślonej, lecz przyznacie
koncept wyszedł całkiem gładki)