jakoś ze dwa miesiące temu
rok, tydzień, a może godzinę
iluś (stu, dwustu, może czterech
szczegółów nie znam, pominę)
spotkało się, by zrobić gdzieś coś
lub tylko, by cel ustalić,
ambitny, z ikrą i sensem,
inny niż: „czas (po prostu) zabić”
lecz, czy to wodne cieki
czy upał, aż do mdłości
jakoś iluś, mimo chęci,
mimo wysiłków jakości
udokumentowanych
jękami, potem, papierem,
rozeszło się, tam skąd przyszło,
zadowolonych zerem