zawijacze

zawinęli – nie do portu

nie pod kołdrą, nie buchnęli

nie sztandary, nie interes

nie dla chwały, ni idei

 

nie za darmo, nie z ochotą

nie w podskokach, nie z radością

nie dla kumpli, nie dla mamy

nieudolnie, nie z godnością

 

sam w ich ślady bym był poszedł

optymizmu nie utrzymał

gdybym osiem godzin dziennie

w knajpie naleśniki zwijał

metaforycznie

wiem, że dziś mi nie uwierzysz

wiem, że powiesz, że to bzdury

kiedy patrzysz od podnóża

na szczyt niebotycznej góry

 

jesteś przeciw, stawiasz veto

strajk urządzasz, protestujesz

czasem nawet nogą tupiesz

smutne, lecz nic nie zwojujesz

 

góra będzie kiedyś płaska

zmięknie i najtwardsza skała

nie pomoże żaden cement

ani żadne rusztowania

na chwilę

wyszła na krok za granicę

mówiąc – będę znów za chwilę

tylko sprawdzę czy uchwycę

inność, czy się nie pomylę

 

jeden krok i świat nieznany

pod rządami obcych zasad

gdzie jesteś? słyszysz?

hej, wracaj!

o Guciu

po godzinie siedemnastej

minut trzy i sekund osiem

wlazł na minę biedny Gucio

nie skończyło dobrze to się

 

ręka, noga, mózg na ścianie

mówiąc delikatnie, w skrócie

i pomyśleć – biedny Gucio

szansę miał ażeby uciec

 

niby saper doświadczony

bomb rozbroił wcześniej tysiąc

stracił czujność biedny Gucio

choć się starał, mogę przysiąc

 

wszedł do domu tak jak co dzień

zasiadł na wprost odbiornika

zanim mecz się zdążył zacząć

dotknął Gucio zapalnika

 

jaki morał z tej historii

płynie (lub jak chcesz wynika)?

patrz na miny swoich bliźnich

jeśli nie chcesz dostać z byka

kalendarz

mam kalendarz pełen rzeczy

których robić nie chcę całkiem

uciążliwych obowiązków

wymuszanych auto-wałkiem

 

mam kalendarz z terminami

czemu by nie – sprawy duże,

z kategorii od lat wielu

zwanej „na emeryturze”

 

mam kalendarz tak dziurawy

jakby durszlak, albo sitko

wlewam w niego kompot życia

i przepływa, lecz nie wszystko