niedzielny obiad

byle mydłek mi nie będzie

mącił w głowie – rzucił Zenek

chcę i będę wierzył prasie

gdy nie czytam, to nic nie wiem

 

na to wujaszek z Torunia

o imieniu cnym – Ambroży

dodał (niby od niechcenia)

uwag kilka o obroży

 

że na sznurku mój Zenonie

bez myśli i zrozumienia

i pod wpływem złych, niedobrych

brzydkich karłów rodem z cienia

 

ciotka wazę z porcelany,

rosołową wnet schowała

myśląc – draki nie uniknę

niechby waza ocalała

 

ku zdziwieniu zgromadzonych

Zenek słowa nie powiedział

i spokojnie bez mrugnięcia

na krzesełku swoim siedział

 

lecz natury reguł przecież

nie da się naginać długo

po kolejnych słowach wuja

Zen się huknął ręką w udo

 

potem wrzasnął coś znienacka

o kretynach vel debilach

do rodzinnej krwawej wojny

pozostała tylko chwila

 

gdy minęła ciąg wypadków

się potoczył bardzo szybko

babcia dziadka w nos stuknęła

stryj od Miecia zebrał rybką

 

dynamika przedstawienia

w kulminacyjnym momencie

była taka jaką miewa

ciężarówka na zakręcie

 

mniejsza zresztą o szczegóły

nie przytoczę ich tu wiele

kończę, idę zbierać siły

na obiadek, na niedzielę

droga 7

konsekwentnie szukał drogi

wśród zarośli i wertepów

ślady tropił po świątyniach

nie omijał nawet sklepów

czytał książki cienkie, grube

pytał ludzi nieustannie

obserwował białe chmury

pianę, gdy się kąpał w wannie

szukał rady siorbiąc zupę

lub surówkę żując żwawo

w święta oraz w dni powszednie

patrzył w lewo, zerkał w prawo

podpatrywał wolne ptaki

szumu wiatru nasłuchiwał

grzebał z zapałem w pamięci

bez pośpiechu lub się spinał

a po wielu długich latach

pełnych trudu i wysiłku

znalazł wreszcie pół minuty

by spokojnie siąść na tyłku

i obejrzał się za siebie

kroków sznur w dali ginący

dał odpowiedź której szukał

przy okazji i niechcący

droga nagle się znalazła

i się wyjaśniło wszystko

najważniejsze rozwiązania

są z reguły bardzo blisko

siła postępu

o czeredo niepokorna

hordo opętanych jeźdźców

niepowstrzymany żywiole

nie biorący żadnych jeńców

śnieżna kulo w biegu z góry

co popadnie zgarniająca

zły cyklonie jednooki

i paląca kulo słońca

tylu wielkich na twej drodze

próbowało ustać prosto

nie zdzierżyli już ich nie ma

na ich szczątkach zielska rosną

w Karadazji

bez zbędnych słów i magicznych figur

z głową wysoko, niemal nad dachami

panował w Karadazji król

otoczony dworzanami

 

czy ciemna noc, czy pełny dzień

niekiedy i wieczorami

podnosił się w Karadazji szum

pomiędzy dworzanami

 

że jak to jest, że prawo kto

królowi dał do władania nami

mówili w Karadazji ci

co byli dworzanami

 

pewnego razu okrutny król

ogromnie się rozsierdził

nie będą mi dworzanie pluć

na plecy – głośno stwierdził

 

ty pójdziesz precz, dla ciebie sznur

innym załóżcie teczki

w zachwyt wpadł karadajski tłum

dworzanie zaś pobledli

 

i minął rok, a potem dwa

między palcami czas płynął

a w Karadazji królewski gniew

na dworzan powoli minął

 

że ta opowieść to żaden cud?

że często się tak zdarza?

że w Karadazjach rządzą królowie

a dwór im się naraża

 

na pewno tak lecz celem mym

nie była bajka beztroska

lecz chciałem byś rozejrzał się

i skończył na własnych wnioskach

litania do koniczynki

czterolistna koniczynko

najzieleńsza wśród zielni

ma niewinna ty roślinko

co cię pragną nie spełnieni

wróżko od tajemnych marzeń

amulecie, dzika świnko

dla wątpiących skro nadziei

modlitewna katarynko

i optymistów symbolu

i dodająca otuchy

nie wiem ciągle skąd masz siłę

jakie w ciebie moc tchną duchy

stare granie

stare, dobre, proste, granie

bez udziwnień, wodotrysków

takie co bez pudła trafia

wykonane przez artystów

którzy na dźwięk tego słowa

bunt podnoszą jak i wtedy

kapitalnie grali chłopcy

aktualnie siwe zgredy