niedzielny obiad

byle mydłek mi nie będzie

mącił w głowie – rzucił Zenek

chcę i będę wierzył prasie

gdy nie czytam, to nic nie wiem

 

na to wujaszek z Torunia

o imieniu cnym – Ambroży

dodał (niby od niechcenia)

uwag kilka o obroży

 

że na sznurku mój Zenonie

bez myśli i zrozumienia

i pod wpływem złych, niedobrych

brzydkich karłów rodem z cienia

 

ciotka wazę z porcelany,

rosołową wnet schowała

myśląc – draki nie uniknę

niechby waza ocalała

 

ku zdziwieniu zgromadzonych

Zenek słowa nie powiedział

i spokojnie bez mrugnięcia

na krzesełku swoim siedział

 

lecz natury reguł przecież

nie da się naginać długo

po kolejnych słowach wuja

Zen się huknął ręką w udo

 

potem wrzasnął coś znienacka

o kretynach vel debilach

do rodzinnej krwawej wojny

pozostała tylko chwila

 

gdy minęła ciąg wypadków

się potoczył bardzo szybko

babcia dziadka w nos stuknęła

stryj od Miecia zebrał rybką

 

dynamika przedstawienia

w kulminacyjnym momencie

była taka jaką miewa

ciężarówka na zakręcie

 

mniejsza zresztą o szczegóły

nie przytoczę ich tu wiele

kończę, idę zbierać siły

na obiadek, na niedzielę