ukojenie

nie wiem kim obcy, pewnie szukałem

wzywałem próżno z efektu chęci

dni odpowiednio nie traktowałem

ku szacunkowi nie chciałem skręcić

zmiany pragnąłem pomimo kosztów

skusiły blasku marne okruchy

słowa rzucałem z dala od kształtów

rękami chciałem uchwycić duchy

w sieć dni łowiłem niczym paciorki

sam sobie sterem i czym tam jeszcze

byłem tułaczem bez nazwy portu

na boków burtach… i mam ją wreszcie

pacjent

cierpliwy z definicji

z braku możliwości

z nabytych deficytów

z wyroku uległości

zależny od woli braci

posłuszny i zbuntowany

niosący konsekwencje

przyczyny znanej, nieznanej

chwilowo na torze bocznym

niepewny co chwila znaczy

z pytaniem bez odpowiedzi:

czy mogło być inaczej?

konie w panteonie

miałem na dzisiaj pomysł poczciwy

aby coś z sensem zrobić dla świata

ale mi przeszło, przyznam bez bicia,

potocznie mówiąc: pomysł mi lata

skoro (tak zwane) ojce narodu

reprezentanci (tak zwani) nacji

zdecydowali koniem się zająć

też dodam sobie dzień do wakacji

położę zaraz się na łóżeczku

przykryję pode brodę kocykiem

i się mentalnie zaopiekuję

koniem, lub choćby tylko kucykiem (*)

no i dołączę – rzecz oczywista –

zgodnie z instrukcją, do panteonu

w którym dziś orzeł rządzą z bocianem (sic!)

parę arabów, trzech perszeronów

troje tarpanów, Hacka, mustanga

dorzucę cztery huculskie konie

i będę czekał co się wydarzy

któż to zasiądzie w końcu na tronie

bo proszę Miłych, mam podejrzenie

co z obserwacji prostych wynika:

komuś (koniowi???) do łba strzeliło

wykolegować z godła bielika

 

(*)

a jeśli myśl ma wolna, swobodna

będzie chwilami bardziej podniosła

może dołączę – trudno wykluczyć –

do wyobrażeń nawet i osła

160714 plus osiem

za tydzień i dzień, o tej porze

co ma się zdarzyć, się wydarzy

tutaj i tam, i jeszcze gdzieś

a młodzi, średni oraz starzy

będą się dziwić, albo nie,

żałować będą, lub triumfować…

skoro wiem kto, co, kiedy, gdzie

czym mam właściwie się przejmować?

160627 Akerman drugi

sucho nie było, ale i nie wiało

pośród błyskawic przyszła ciszy chwila

niczym brat z kokonu zrodzonego motyla

odwagę’m zebrał: co się będzie działo

mniejsza, wszak drogi pojedyncze staje

których przemierzanie rzadko męczy oczy

gdyż los po nich często pojazdami toczy

choć Ananke rozsądza, przebyć się udaje

nagle! cóż to słyszę?!? ryk niczym bestyja

głos zmieniony, choć znany

jam nie amfibija!

kłęby pary przed twarzą, chłop w studzience grzebie

konie rwą na trotuar…

Viktoryja! jak w niebie

160509 w dwu światach

w dwu światach, tu jedną nogą

tam drugą, na godzin cztery

po czym poznałem sam nie wiem

do końca, ale gdy chcę być szczery

na liście zakupów zabrakło

butelki, pamiętam, że była

i obraz, i dotyk, smak niemal

sytuacja nie całkiem miła

zawieść choć mogę, nie lubię

ni tu, ani tam, w Międzyczasie

w dwu światach ten sam, chociaż inny

goniony szyderczym „nie da się”