że wygrałem :)

będę się Wam teraz chwalił:

że był konkurs, że wygrałem

a na dowód wklejam fotkę

z tym com żem narymowałem ;)

ps.

nazwa kawiarni ukryta

żeby nie łamać zakazu

ale jak dostanę zgodę

to ujawnię ją od razu :)

ps.2

a w nagrodę były kawy

pyszne (mówiąc między nami)

ale nie że same jakieś

tylko z super muffinami

zawód

dziś dzień, co go nie obchodzę

chyba w ramach kontestacji

i zamiaru nie mam wcale

bronić tutaj swoich racji

ale żeby być na czasie

i z powodu bliskiej wiosny

przypominam, że istnieje

tak zwany zawód miłosny

nikomu go nie polecam

bo jest płatny nieszczególnie

smutny, przykry i bolesny

czasem nawet obopólnie

dziękujący coachartur

bardzo chcę Wam podziękować

za czytanie, odwiedziny

komentarze i obecność

za minuty, za godziny

gdy zajrzałem do statystyk

dosyć wcześnie dzisiaj rano 

dowiedziałem się: jest nieźle;

a dokładniej? napisano:

limeryki z indykami

proszę ciebie, w tym miesiącu

po raz pierwszy się zmieściły

na bloxie w pierwszym tysiącu

otworzyłem więc excela

co prowadzę go na boku

a tam liczba okrąglutka

uderzyła mnie po oku

ewidentnie limeryki

z indykami… no, no, no…

zaliczyły wszystkich odsłon

już tysięcy ponad sto

więc tym bardziej i ponownie

czytelnikom mym dziękuję

i rymować nie przestanę

co solennie obiecuję :)

interpunkcja

obudziłem się dziś z krzykiem

na dodatek potem zlany

– o co chodzi?!?! – pomyślałem –

nagle! przebłysk i… o rany!

„czy dodałem do indyka,

bo tak przecież ‘się należy’,

dwa dwukropki, trzy przecinki;

czy wstawiłem średnik świeży?

czym skończyłem limeryka?

czy użyłem w formie czopka

punktu (co się w interpunkcji,

tak jak psinka, zowie 'kropka’?)”

drżącą dłonią nacisnąłem

przycisk power i po chwili

już wiedziałem: co i jak jest,

czego nie ma, co się myli

czego dużo, czego mało,

co łódzkie, co częstochowskie,

co zabawne, co niedobre,

na co warto kręcić noskiem…

 

moja droga INTERPUNKCJO

twoje prawo – chcesz więc ględzisz –

mi zabawy nie odbierzesz

mnie w regułkach nie uwięzisz :)

pomaratonowo

jakoś do głowy wcześniej nie przyszło

żeby skopiować tu z Maratonu

opowiadanie, co napisałem

zanim poszedłem rano do domu

 

MARATONOWE RYMOWANIE

maraton, jak może wiecie

kilometrów ma czterdzieści

(i dwa jeszcze na dodatek –

tyle w nim się właśnie mieści)

historycznie rzecz ujmując

z tego co wiem, to przed wieki

wcale komórek nie miały

starożytne te człowieki

i nie miały internetów

ani nawet dyliżansów

informacja więc się psuła

z racji zbyt dużych dystansów

czy ktoś nowy królem został

czy ktoś przegrał był na wojnie

informacja się szerzyła

bardzo godnie, lecz powolnie

no bo jak by miała niby

pędzić szybko niczym strzała

jeśli się na ludzkich nogach

informacja przemieszczała

ja tak myślę sobie dzisiaj

gdym się zlatał po Agorze

że Maraton Blogowania

tak się zwie dlatego może

że padł pomysł by ukrócić

blogerów ciągłe siedzenie

i stukanie w klawiaturę

i stąd właśnie dochodzenie –

denat Jacek na parkingu

i dowodów sztuki cztery

(prawdę mówiąc to by mogli

poprzydzielać nam rowery

bądź uprzedzić wcześniej nieco

że nie będzie miód malina –

bym poćwiczył bieg po schodach

po robocie, po godzinach)

dobrze, koniec marudzenia

pora wreszcie przejść do sedna

i napisać coś o zbrodni

co się tu zdarzyła jedna

dosyć późno, po południu

w zimowy i mroźny piątek

ta historia tajemnicza

miała mroczny swój porządek

wzięli i zadźgali gościa

w garażu go porzucili

a bagienny nas zawezwał

wołając – pomóżcie mili

tośmy przyszli na ten apel

trzeba pomóc bagiennemu

bo odmówić? my blogerzy?

jak to, po co oraz czemu?

i zaczęło się łączenie

wątków różnych poplątanych

analiza i synteza

czyli, że obróbka danych

mafia, hazard oraz długi

separacja, była żona

artykuły o ziemniakach

i dziewczynka potrącona

ryba przesłana w gazecie

w zdjęcie wbijane pinezki

myślę więc, że was nie zdziwi

humor mój co nieco kiepski

poplątały mi się bowiem

wszystkie wątki dokumentnie

szanse swe na rozwiązanie

oceniam raczej przeciętnie

nic to jednak! warto było

spotkać się dzisiaj na Czerskiej

spośród wszystkich w mieście ulic

chyba najbardziej blogerskiej

minęło nie minęło

nie minęło lat dwadzieścia

nie minęło lat trzydzieści

ale z trudem mi się w głowie

wciąż nowe odkrycie mieści

jak się bardzo drogi wspólne –

jedne wręcz – rozjechać mogą

tak dokładnie, że druhowi

nawet się nie kiwnie nogą

że wchodząc na przyjaciela,

niegdyś ważnego człowieka,

żaden mięsień nawet nie drgnie,

nie uniesie się powieka

od nowa mnie zaskakuje

spojrzenie jak w zbite lustro

w którym mimo, że są kształty

nie ma ducha, w którym pusto