metaforycznie

wiem, że dziś mi nie uwierzysz

wiem, że powiesz, że to bzdury

kiedy patrzysz od podnóża

na szczyt niebotycznej góry

 

jesteś przeciw, stawiasz veto

strajk urządzasz, protestujesz

czasem nawet nogą tupiesz

smutne, lecz nic nie zwojujesz

 

góra będzie kiedyś płaska

zmięknie i najtwardsza skała

nie pomoże żaden cement

ani żadne rusztowania

na chwilę

wyszła na krok za granicę

mówiąc – będę znów za chwilę

tylko sprawdzę czy uchwycę

inność, czy się nie pomylę

 

jeden krok i świat nieznany

pod rządami obcych zasad

gdzie jesteś? słyszysz?

hej, wracaj!

o Guciu

po godzinie siedemnastej

minut trzy i sekund osiem

wlazł na minę biedny Gucio

nie skończyło dobrze to się

 

ręka, noga, mózg na ścianie

mówiąc delikatnie, w skrócie

i pomyśleć – biedny Gucio

szansę miał ażeby uciec

 

niby saper doświadczony

bomb rozbroił wcześniej tysiąc

stracił czujność biedny Gucio

choć się starał, mogę przysiąc

 

wszedł do domu tak jak co dzień

zasiadł na wprost odbiornika

zanim mecz się zdążył zacząć

dotknął Gucio zapalnika

 

jaki morał z tej historii

płynie (lub jak chcesz wynika)?

patrz na miny swoich bliźnich

jeśli nie chcesz dostać z byka

kalendarz

mam kalendarz pełen rzeczy

których robić nie chcę całkiem

uciążliwych obowiązków

wymuszanych auto-wałkiem

 

mam kalendarz z terminami

czemu by nie – sprawy duże,

z kategorii od lat wielu

zwanej „na emeryturze”

 

mam kalendarz tak dziurawy

jakby durszlak, albo sitko

wlewam w niego kompot życia

i przepływa, lecz nie wszystko

niedzielny obiad

byle mydłek mi nie będzie

mącił w głowie – rzucił Zenek

chcę i będę wierzył prasie

gdy nie czytam, to nic nie wiem

 

na to wujaszek z Torunia

o imieniu cnym – Ambroży

dodał (niby od niechcenia)

uwag kilka o obroży

 

że na sznurku mój Zenonie

bez myśli i zrozumienia

i pod wpływem złych, niedobrych

brzydkich karłów rodem z cienia

 

ciotka wazę z porcelany,

rosołową wnet schowała

myśląc – draki nie uniknę

niechby waza ocalała

 

ku zdziwieniu zgromadzonych

Zenek słowa nie powiedział

i spokojnie bez mrugnięcia

na krzesełku swoim siedział

 

lecz natury reguł przecież

nie da się naginać długo

po kolejnych słowach wuja

Zen się huknął ręką w udo

 

potem wrzasnął coś znienacka

o kretynach vel debilach

do rodzinnej krwawej wojny

pozostała tylko chwila

 

gdy minęła ciąg wypadków

się potoczył bardzo szybko

babcia dziadka w nos stuknęła

stryj od Miecia zebrał rybką

 

dynamika przedstawienia

w kulminacyjnym momencie

była taka jaką miewa

ciężarówka na zakręcie

 

mniejsza zresztą o szczegóły

nie przytoczę ich tu wiele

kończę, idę zbierać siły

na obiadek, na niedzielę